To miliarderzy dewastują klimat. Nie będą go jednak w stanie naprawić

psav zdjęcie główneNajbardziej destrukcyjny wpływ na klimat ma wąska grupa osób i koncernów. Organizacja Carbon Majors wskazywała np., że 100 firm odpowiada aż za 71 proc. emisji gazów cieplarnianych, jakie trafiły do atmosfery od 1988 r. Z kolei Oxfam wyliczał, że 10 proc. najbogatszych odpowiada za połowę światowych emisji.
Jeff Bezos, prezes Amazona i najbogatszy człowiek świata, zapowiedział w poniedziałek przekazanie 10 mld dol. na cele związane z ochroną klimatu. Według aktualnych danych Bloomberga kwota ta stanowi ok. 7,6 proc. posiadanych przez niego aktywów finansowych (bez posiadanych przez niego nieruchomości). Pieniądze z Bezos Earth Fund mają sponsorować projekty naukowe, działania aktywistów, organizacji non profit i innych podmiotów zajmujących się ochroną środowiska. – Chcę wraz z innymi pracować nad wzmocnieniem znanych i szukaniem nowych sposobów walki z niszczycielskim wpływem zmian klimatu na naszą wspólną planetę – oświadczył Bezos.
Amazon, który – według ostatnich doniesień „Gazety Wyborczej” – planuje wejście na polski rynek e-handlu, przyznaje się do wyemitowania w 2018 r. ok. 44 mln ton CO2, co stanowi wynik zbliżony do krajów takich jak Norwegia czy Bułgaria. Amerykański gigant od lat krytykowany jest przez obrońców klimatu, w tym proekologicznie nastawioną część swoich pracowników. W zeszłym roku 8 tys. z nich podpisało list otwarty do Bezosa, domagając się od niego redukcji emisji, odejścia od paliw kopalnych i zakończenia współpracy z koncernami naftowymi, które wykorzystują technologie Amazona do poszukiwań złóż. W związku z narastającą presją Bezos obiecał neutralność klimatyczną swojej firmy do 2040 r. i przejście w pełni na energię z odnawialnych źródeł do 2030 r.
Datek Bezosa będzie drugim co do wielkości w historii aktów dobroczynnych. Palmę pierwszeństwa dzierży Warren Buffet, który 14 lat temu ogłosił, że przekaże łącznie 85 proc. swojego majątku na cele społeczne; do tej pory oddał łącznie 35 mld dol., większość na rzecz Fundacji Billa i Melindy Gatesów. Gest ten robi wrażenie także w kontekście wcześniejszej postawy szefa Amazona, nieraz krytykowanego za skromne w stosunku do posiadanego majątku zaangażowanie w dobroczynność – w 2018 r. przekazał na takie cele ok. 0,1 proc. swojego majątku.
Krytycy wskazują jednak, że nawet największy datek nie zastąpi zmian w modelu biznesowym Amazona. Grupa zrzeszająca proekologicznie nastawionych pracowników Amazona (Amazon Employees for Climate Justice) przyjęła deklarację Bezosa z zadowoleniem, ale podkreśla jednocześnie, że nie rekompensuje ona spalania paliw kopalnych i innych działań firmy, które przyczyniają się do zmian klimatycznych. „Pochwalamy dobroczynność Jeffa Bezosa, ale nie można dawać jedną ręką tego, co zabiera się drugą” – napisali na Twitterze.
Szef Amazona nie jest pierwszym z grona multimiliarderów, który angażuje się finansowo w walkę z globalnym ociepleniem. Z inicjatywy Billa Gatesa powstał m.in. fundusz o wartości miliarda dolarów na rzecz przełomowych przedsięwzięć energetycznych. Szef Microsoftu wspiera też działania na rzecz adaptacji do zmian klimatu, w tym przez grupy szczególnie narażone na ich skutki, m.in. rolników. W czerwcu br. ma się ukazać jego książka, „Jak uniknąć klimatycznej katastrofy”. Znani z zaangażowania w sprawy klimatyczne są też m.in. szef Tesli Elon Musk (20. miejsce na liście najbogatszych) czy były burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg (nie został uwzględniony w rankingu prowadzonym przez swoją agencję, ale według Forbesa w zeszłym roku z majątkiem 55,5 mld dol. znalazłby się na 9. miejscu).
Jak obliczyliśmy, gdyby analogiczną do szefa Amazona część osobistego majątku przeznaczyło na ochronę klimatu także pozostałych czterech najbogatszych ludzi świata, powstałby fundusz o wartości 39,5 mld dol. Gdyby na walkę z kryzysem klimatycznym złożyła się w ten sposób pierwsza dziesiątka multimiliarderów, uzyskaliby kwotę 66 mld, a dwudziestka zebrałaby 106 mld. Cała setka rankingu Bloomberga po samoopodatkowaniu na wzór Bezosa byłaby w stanie uzyskać 235 mld dol.
To niemała kwota, ale wciąż dalece niewystarczająca, by rozwiązać problem kryzysu klimatycznego. Dla porównania, w 2018 r. – jak wynika z danych Climate Policy Initiative – na ochronę klimatu przeznaczono na całym świecie 546 mld dol., a według Międzynarodowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) zatrzymanie wzrostu globalnych temperatur na poziomie 1,5 st. C (względem tych sprzed rewolucji przemysłowej) wymaga do 2050 r. inwestycji na średnim poziomie 3,5 bln dol. rocznie w samej energetyce; 3 bln dol. rocznie kosztowałoby zatrzymanie ocieplenia na poziomie 2 st. C.
Koszty zielonej transformacji tylko dla Polski mają wynieść – według rządowych szacunków – ok. 500 mld euro, a unijne plany związane z finansowaniem Europejskiego Zielonego Ładu stawiają sobie za cel mobilizację co najmniej 1 bln euro (1,1 bln dol.) na inwestycje do 2030 r. Oparcie systemu energetycznego USA w 100 proc. na OZE kosztowałoby z kolei przy obecnym poziomie rozwoju technologii – według wyliczeń Wood Mackenzie – 4,5 bln dol.
Osobną kwestią jest to, czy multimiliarderzy byliby skłonni pójść w ślady Bezosa. Oprócz osób o jednoznacznie proekologicznym wizerunku znajdziemy tam bowiem choćby prorepublikańskiego biznesmena Charlesa Kocha, który wraz z bratem jest oskarżany o pompowanie setek milionów dolarów w kampanie podważające wpływ człowieka na klimat. ©℗
>>> Polecamy: Punkty krytyczne zmian klimatu. „Atmosfera nie zna granic państwowych”

Rząd prowadzi nas do Azji. Inflacja to cena, którą warto płacić za rozwój?

psav zdjęcie główne“Jest inflacja i inflacja. Wysoka jest niekorzystna, ale umiarkowana nie tylko nie musi szkodzić, ale może nawet być do pogodzenia z szybkim wzrostem i powstawaniem miejsc pracy. Możemy powiedzieć, że pewien stopień inflacji jest w dynamicznej gospodarce nie do uniknięcia. Ceny się zmieniają, bo zmienia się gospodarka, więc jest czymś dobrym, że gdy pojawia się wiele nowych obszarów działalności, tworzących nowy popyt, ceny rosną.”Powyższy cytat brzmi, jak żywcem wyjęty z ortodoksyjnych podręczników do makroekonomii. Wszyscy bankierzy centralni świata sądzą przecież, że niewielki wzrost cen jest dla gospodarki dobry. Boją się raczej deflacji, czyli spadku cen, niż inflacji. To deflacja np. jest zmorą strefy euro. A jednak cytat nie pochodzi od żadnego neoklasycznego ortodoksa. Słowa te padają w książce “Źli Samarytanie” ekonomisty Ha-Joon Changa. Stopa “umiarkowanej inflacji” to dla niego nawet 40 proc. w ujęciu rocznym, a więc niemal dzięsięciokrotnie więcej niż inflacja, którą notujemy w Polsce obecnie i jakieś 20-krotnie więcej niż wynoszą cele inflacyjne wyznaczane przez banki centralne. Innymi słowy, Ha-Joon Chang akceptuje odchudzenie naszych portfeli o 40 proc. pod warunkiem, że rośnie wskaźnik PKB, przy czym wiadomo przecież, że ów wskaźnik rosnąć może nawet, gdy… obywatele biednieją. Wystarczy budować piramidy, albo ich współczesną wersję – stadiony, parki wodne, czy ekrany dźwiękochłonne w szczerym polu. W PKB wlicza się przecież także nonsensowne inwestycje publiczne. Zwariowana teoria, prawda?>>> Czytaj też: Jak ochronić oszczędności przed skutkami inflacji? To zależy od profilu ryzykaMoże i zwariowana, ale tłumaczy ona, dlaczego w siedzibie Narodowego Banku Polskiego panuje dzisiaj spokój i nie rozważa się np. podniesienia stóp procentowych (a przynajmniej głośno się o tym nie mówi). Ha-Joon Chang bowiem ma istotne związki z Polską. Pochodzi z Korei Południowej, kraju będącego inspiracją dla naszych macherów od polityki gospodarczej, w tym przede wszystkim dla premiera Mateusza Morawieckiego. Premier chciałby iść jej śladem. Mówił trzy lata temu na Kongresie Innowatorów, że należy “między bajki włożyć to, że Korea Południowa stworzyła swoja potęgę w oparciu o neoliberalny wzrost gospodarczy. Była ona wspierana wysiłkiem państwa, legislacyjnym ale i kapitałowym.” Ha-Joon Chang natomiast poświęcił swoją twórczość opisywaniu tych jakże płodnych i korzystnych wysiłków państwa i budowie nieortodoksyjnego podejścia do jego roli. Dokładnie takiego, jakie w praktyce prezentuje rząd PiS: dużo interwencji, dużo regulacji i hojny socjal. To w sumie dawać ma ponadnormatywnie szybki wzrost gospodarczy. Skoro Ha-Joon Chang zauważa, że inflacja może być nieuniknionym, ale akceptowalnym skutkiem wzrostu, to nie ma powodu sądzić, że premier Morawiecki i pozostałe osoby sterujące polską gospodarką mają w tej kwestii inną opinię.Nie chcę dyskutować tutaj na temat tego, czy mają rację, chociaż mógłbym rozpisać się wylewnie o tym, jak intelektualnie uboga jest proinflacyjna argumentacja Ha-Joon Changa i jak miałkie są historyczne przykłady, które rzekomo ją potwierdzają. Ograniczę się tylko do przykładu Brazylii, kraju przywołanego przez Koreańczyka, jako dowód koronny. Oto, pisze Ha-Joon Chang, Brazylia w latach 60. i 70. XX w. notowała inflację średnio na poziomie 41 proc. rocznie, a jednocześnie PKB per capita wzrastał tam o 4,5 proc. rocznie. Kontrastuje to z okresem 1996-2005, gdy inflację opanowano, ale wzrost PKB per capita spadł do 1,3 proc. rocznie. Obrazek to piękny, tyle że niepełny. Bo co z okresem 1980-1995? Koreańczyk pomija go, bo wówczas w Brazylii szalała hiperinflacja, a wzrostu gospodarczego nie notowano wcale. Owa hiperinflacja nie była niezawinioną plagą zrzuconą przez złośliwego Boga na miodem, mlekiem i “umiarkowaną” inflacją płynącą Brazylię, ale była owej “umiarkowanej” inflacji naturalnym rozwinięciem. Lata 60. i 70. XX w. to, o czym Koreańczyk nie wspomina, to dla Brazylii okres rosnącej gospodarczej niestabilności, rosnącej niewydajności państwowych przedsiębiorstw (które się bardzo w tym czasie rozrosły) i rosnącego zadłużenia wewnętrznego. O wiele lepiej dla Brazylii byłoby, gdyby notowała przeciętny ale stabilny wzrost od lat 60. do dzisiaj niż by przypominała – jak to miało miejsce w rzeczywistości – samochód z szalonym kierowcą, który bez powodu rozpędza się, hamuje z piskiem opon, cofa, znów się rozpędza. Ale cóż, dobrobytu, jak się znów okazało, wydrukować jednak nie można. Aż chciałoby się powiedzieć do niecierpliwych i chciwych szybkiego wzbogacenia Brazylijczyków: “Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!”Ale i my, Polacy, możemy być adresatami tej smutnej konstatacji. Wybierając PiS do władzy, wiedzieliśmy, że nie jest to partia ekonomicznych merytokratów, którzy korzystają z najlepszej dostępnej teorii ekonomicznej, która to teoria interwencję gospodarczą dopuszcza, ale darzy ograniczonym zaufaniem. Socjalno-etatystyczny rys ideologii PiS był przecież powszechnie znany i tylko skrajny analfabetyzm ekonomiczny mógłby wytłumaczyć ślepotę na fakt, że rodzi on ryzyka takie, jak wysoka inflacja. Przyjmując jałmużnę znaną jako 500+, akceptując odwrót od prywatyzacji i rozbudowę sektora publicznego, zgodziliśmy się na nie. A piszę “ryzyka”, bo azjatyckie spojrzenie na gospodarkę pociąga za sobą także inne “cudowne” konsekwencje, np. liberalne, tj. wyrozumiałe podejście do zjawiska korupcji. Ha-Joon Chang pisze np., że “jeśli minister efektywniej wykorzysta pieniądze (z łapówki) niż kapitalista, to korupcja może wręcz pomóc wzrostowi gospodarczemu”, a “gdy spojrzymy na historię, okaże się, że wielu urzędników i polityków było roztropnymi inwestorami, podczas gdy wielu kapitalistów roztrwoniło swoje majątki.” Nie powinno nas więc dziwić, jeśli i w naszym kraju rozkwitną różne formy przekupstwa, a rząd będzie te zjawiska bagatelizował. Właściwie już to, zdaje się, robi, ale… wszystko dla wzrostu PKB, a PKB rośnie, prawda? To idealne miejsce, by zacytować zwrotkę z kultowej piosenki T. Love “Jest super”: “Mamy extra rząd i super prezydenta/Ci wszyscy ludzie to wspaniali fachowcy/ Ufam im i wiem, że wybrałem swoją przyszłość/ Za rękę poprowadzą mnie do…” I tu mała zmiana. W oryginale extra rząd prowadzi nas do Europy. Nasz obecny rząd prowadzi nas do Azji.>>> Czytaj też: Przez inflację gospodarka się krztusi. Ceny rosną najszybciej od 8 lat

Oszczędzający w Polsce mają gorzej niż w Szwajcarii. Oto realne oprocentowanie lokat

psav zdjęcie główneZ wyliczeń Expandera wynika, że po uwzględnieniu wzrostu cen, jaki dokonuje się podczas trwania lokaty, realne oprocentowanie w Szwajcarii wyniosło –0,51%, a w Polsce –2,87%. W obu krajach realne oprocentowanie jest więc ujemne, ale w Polsce jest dużo niższe.Szwajcaria to kraj, w którym trzymanie oszczędności w banku nie tylko nie przynosi odsetek, ale wręcz trzeba tam płacić za możliwość lokowania pieniędzy na koncie czy lokacie. Średnie oprocentowanie depozytów bankowych dla klientów indywidualnych i firm jest tam ujemne. W styczniu 2019 r. wynosiło -0,31%. Dla porównania w Polsce oprocentowanie jest dodatnie i wynosiło w tym samym czasie 1,40%. Miesiąc temu takie lokaty się zakończyły i Polak dostał wyższą kwotę niż wpłacił, a Szwajcar niższą. Teoretycznie bardziej opłaca się więc oszczędzać w Polsce. To jednak tylko złudzenie.Problem polega na tym, że w ciągu roku trzymania pieniędzy w banku, wzrosły ceny towarów i usług. Styczniowy wskaźnik inflacji w Polsce wyniósł aż 4,4%. Jeśli więc ktoś przed rokiem założył lokatę z oprocentowaniem 1,4%, to co prawda otrzymał wyższą kwotę niż wpłacił, ale może za nią kupić mniej. W Szwajcarii inflacja jest znacznie niższa niż u nas i wynosi 0,2%. Po jej uwzględnieniu realne oprocentowanie lokat w tym kraju wynosi –0,51%, a w Polsce aż –2,87%. Spadek wartości nabywczej oszczędności w naszym kraju jest więc znacznie większy. Realne oprocentowanie lokat założonych w styczniu 2019 r.psav picture max widthDodatkowo oprocentowanie lokat w Polsce coraz bardziej spada. Według danych NBP w grudniu 2019 r. średnia dla klientów indywidualnych i firm wynosiła już tylko 1%. Gdyby inflacja utrzymała się na poziomie 4,4% i jeśli dodatkowo uwzględnimy podatek od odsetek, to realne oprocentowanie spadnie aż do –3,44%. Jak ochronić oszczędności przed inflacjąIstnieją trzy sposoby ochrony oszczędności przed utratą wartości. Pierwszy, to zakup obligacji skarbowych, których oprocentowanie gwarantuje pokonanie inflacji. Są to obligacje 4-letnie i 10-letnie oraz obligacje rodzinne, na które można wpłacić tylko pieniądze uzyskane w ramach programu „Rodzina 500+”. Musimy jednak dodać, że w pierwszym roku oprocentowanie wspomnianych obligacji jest stałe i w najlepszym przypadku wynosi 3,2%. Dopiero od 2 roku oprocentowanie jest sumą marży i wskaźnika inflacji, a więc chroni oszczędności przez utratą wartości nabywczej.Drugi sposób, to znalezienie inwestycji, która przyniesie zysk wyższy niż 5,43% w skali roku. Takiego oprocentowania potrzeba, żeby po uwzględnieniu podatku i inflacji, uzyskać zyski w ujęciu realnym. Problem polega jednak na tym, że takich zysków nie da się osiągnąć bez ryzyka. Dla przykładu możemy kupić mieszkanie na wynajem, co średnio pozwala zyskać ok. 7% brutto rocznie. Może się jednak zdarzyć, że przez jakiś czas takie mieszkanie będzie stało puste i nie będzie przynosić zysków lub że lokator nie będzie chciał nam zapłacić. Rzeczywiste zyski mogą więc być znacznie niższe.Trzecim sposobem na utrzymanie wartości nabywczej oszczędności może być ich wymiana na walutę kraju, w którym realne stopy procentowe są dodatnie. Tu zagrożeniem jest ryzyko walutowe. Jeśli kurs zakupionej waluty spadnie, to i tak poniesiemy stratę. Wahania kursów walut bywają bardzo duże. W skrajnym wypadku może się okazać, że gdy będziemy chcieli ponownie wymieniać oszczędności na złote, to otrzymamy znacznie mniejszą kwotę niż mieliśmy na początku. Z tego względu lepiej nie lokować w ten sposób istotnej części swoich oszczędności. Jest to rozwiązanie przeznaczone dla osób, które mają świadomość tego ryzyka i je akceptują.>>> Czytaj też: Jak ochronić oszczędności przed skutkami inflacji? To zależy od profilu ryzykaAutor: Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors

Coraz więcej osób wstrzymuje się z decyzją o przejściu na emeryturę

psav zdjęcie główneJak czytamy, od 2018 r. o 30 proc. spadła liczba osób kończących pracę tuż po osiągnięciu wieku emerytalnego.
„Wszystko wskazuje, że coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę z zasad, jakimi rządzi się system emerytalny, i jak wiele zależy od wydłużenia aktywności zawodowej przy wyliczeniu dożywotniej emerytury wypłacanej przez ZUS” – napisano.
Dodano, że z badań prowadzonych przez Zakład wynika, że z prawie 83 proc. w 2015 r. do 57 proc. w 2018 r. i 2019 r. spadła liczba osób, które przechodzą na emeryturę w momencie osiągnięcia wieku emerytalnego.
Jak wskazuje gazeta, w ostatnich latach prawie co trzeci emeryt odwleka rezygnację z pracy. „Tylko w 2017 r., gdy w życie weszła reforma wieku emerytalnego i na świadczenie z ZUS przeszła rekordowa grupa emerytów, aż 88 proc. z nich wniosło o emeryturę tuż po uzyskaniu prawa do wypłaty z ZUS” – informuje „Rz”. >>> Czytaj też: Nasze pieniądze tracą na wartości. Jak ochronić oszczędności przed skutkami inflacji?

Jak ochronić oszczędności przed skutkami inflacji? To zależy od profilu ryzyka

psav zdjęcie główneW styczniu 2020 r. za koszyk podstawowych towarów i usług płaciliśmy średnio o 4,4 proc. więcej niż rok wcześniej, podczas gdy w styczniu ub.r. ceny wzrosły o 0,7 proc. Gwałtowny wzrost inflacji sprawił, że szukamy sposobu na zachowanie realnej wartości zgromadzonych oszczędności. Na banki raczej nie mamy co liczyć, bo te systematycznie obniżają oprocentowanie depozytów. W grudniu – to najnowsze dane Narodowego Banku Polskiego – średnie odsetki od depozytów klientów indywidualnych wynosiły 1,2 proc.
Dlatego wzrosło zainteresowanie indeksowanymi inflacją obligacjami detalicznymi Skarbu Państwa. W styczniu po raz pierwszy ich sprzedaż przekroczyła miliard złotych. W ciągu ostatniego roku nabywców znalazły takie papiery o wartości niemal 7 mld zł – to ponad dwa razy więcej niż w poprzednich 12 miesiącach. Obligacje inflacyjne w pierwszym roku mają z góry ustalone oprocentowanie (od ponad 3,5 roku wynosi ono 2,4 proc.). Później odsetki stanowią sumę wskaźnika inflacji i marży wynoszącej obecnie 1,25 pkt proc. Ci, którzy kupili je w lutym ub.r., w tym roku dostają 4,65 proc. Kupon dla nabywców z marca ub.r. wyniesie 5,65 proc. Tego typu papiery są emitowane na cztery lata. Można je kupić za pośrednictwem największego krajowego banku – PKO BP. Nominalna wartość to 100 zł.
Ministerstwo Finansów sprzedaje również obligacje o krótszych terminach wykupu. Ich oprocentowanie jest niższe, ale w porównaniu z przeciętną ofertą banków wygląda korzystniej. Rentowność 3-miesięcznych obligacji detalicznych to 1,5 proc. w skali roku.
W poprzednich miesiącach rosło także zainteresowanie funduszami inwestycyjnymi, które lokują środki klientów w papierach dłużnych. „To segment z aktywami na poziomie 113,2 mld zł. W jego ramach duży wzrost wartości środków odnotowało kilka funduszy polskich obligacji korporacyjnych oraz tych z grupy dłużnych uniwersalnych” – skomentował w podsumowaniu styczniowych aktywów funduszy serwis Analizy.pl.
Kluczowe jest to, jaką kwotę chcemy ulokować, oraz to, jaki jest nasz profil ryzyka
W przypadku takich funduszy – dostępnych np. w bankach lub u pośredników finansowych – nie ma już jednak gwarancji, że inwestycja przyniesie stopę zwrotu wyższą niż inflacja. Nie ma również gwarancji kapitału. Jeśli emitent papierów wchodzących w skład portfela funduszu nie wykupi ich, można stracić na inwestycji. Podobnie w przypadku niekorzystnych zmian cen obligacji.
Lekarstwem na inflację powinny być akcje giełdowych spółek. – Wzrost inflacji sprzyja zwiększaniu przychodów i zysków firm – mówi Piotr Bielski, ekonomista Santander Bank Polska. I od razu dodaje jednak zastrzeżenie, że w ostatnich latach zasada słabo sprawdza się w Polsce. – Ze względu na duży udział w rynku spółek kontrolowanych przez Skarb Państwa oraz niepewność co do losów otwartych funduszy emerytalnych o wzrosty cen nie było łatwo – tłumaczy.
WIG20 – indeks największych spółek na warszawskiej giełdzie – jest o niemal 9 proc. niżej niż przed 12 miesiącami. Ale sWIG80, grupujący mniejsze firmy, zyskał w tym czasie prawie 13 proc. Wskaźnik spółek energetycznych stracił niemal 37 proc. Za to indeks producentów gier komputerowych (dominujący udział w nim ma CD Projekt) zyskał 99 proc.
Polacy mogą korzystać ze wzrostów cen na giełdach zagranicznych. Najprostszy sposób: kupno funduszy inwestycyjnych, nad którymi pieczę mają zarządzający z TFI. Inna metoda to zakup funduszy indeksowych. Na warszawskiej giełdzie notowany jest np. fundusz odwzorowujący notowania najważniejszego indeksu giełdy w Nowym Jorku – S&P 500. W ciągu ostatnich 12 miesięcy indeks zyskał niemal 28 proc.
O tym, że popularność śrubującej rekordy amerykańskiej giełdy wśród Polaków rośnie, przekonują dane Revoluta – brytyjskiego fintechu, który umożliwia tego typu inwestycje. Według Stefana Boguckiego, rzecznika firmy w Polsce, z tej opcji skorzystało 8 tys. osób. – Średnia zainwestowana kwota to ok. 3 tys. dol. – wskazuje Bogucki. Trzy najpopularniejsze obecnie firmy: Tesla (producent aut elektrycznych), Apple oraz Microsoft.
– Kluczowe jest to, jaką kwotę chcemy ulokować, oraz to, jaki jest nasz profil ryzyka. Jeśli boję się ryzyka, to odpadają np. akcje, interesuję się obligacjami. Jeśli ktoś cechuje się większą tolerancją na ryzyko, może pomyśleć o rynku nieruchomości. Choć trzeba pamiętać, że wzrosty cen mieszkań były już w ostatnim czasie bardzo wysokie – wskazuje Mirosław Budzicki, analityk PKO BP. Według ekonomistów Credit Agricole Bank Polska tempo wzrostu cen powinno stopniowo się zmniejszać. „Oczekiwany dalszy, aczkolwiek wolniejszy wzrost cen mieszkań będzie wspierany nie tylko przez utrzymujący się popyt, ale również ograniczoną podaż nowych mieszkań związanych z trudnościami deweloperów w pozyskiwaniu nowych gruntów pod inwestycje” – napisali w opublikowanym wczoraj raporcie. 
>>> Czytaj też: Przez inflację gospodarka się krztusi. Ceny rosną najszybciej od 8 lat

„Kiedy przeciętny…

„Kiedy przeciętny człowiek mający przeciętną pracę pragnie zdobyć własny kąt, aby ustabilizować się i założyć rodzinę, nie ma innego wyjścia, jak tylko wziąć bankowy kredyt hipoteczny na kilkadziesiąt lat. Tak dzieje się w Polsce i w innych krajach Zachodu. W rezultacie współczesne społeczeństwa faktycznie składają się w przeważającej mierze z bankowych niewolników, którzy zmuszeni są pracować i oddawać dużą część swoich zarobków bankom w zamian za dach nad głową, który owe banki im skredytowały. Czym się to różni od sytuacji niewolników żyjących w domu należącym do pana bądź feudalnych chłopów zgromadzonych w czworakach? Tylko zewnętrzną formą, mechanizm bowiem jest ten sam. Nie pracujemy na siebie, ale na kogoś innego” #banki #finanse #mieszkanie #kredyt #takaprawda

Dlaczego popieram gotówkę

„Po godzinach” mamy możliwość pracy dla siebie, a nie na naszych okupantów; mamy możliwość uniknięcia mafijnego haraczu pobieranego od wszystkich, którzy coś wytwarzają. Cała okolica, w której mieszkam, żyje dzięki pracy „po godzinach”. I ten margines nasz okupant zamierza nam zlikwidować

I takie rzeczy dostaja 1000…

I takie rzeczy dostaja 1000 plusow xD. Kompletnie pominiecie, ze skladki pracodawca odlicza sobie od podatku, ze skladki zdrowotne i zus pracownik tez sobie odlicza od podatku, ze zaliczka na podatek to nie jest koncowa kwota podatku.

Kompletnie zignoroeanie, ze Gdyby pracodawca nie placil skladek to pracownik realnie zobaczylby 200 zl wiecej nie 2000 zl, Bo janusz wolalby sobie kupic nowego merola.

I jeszcze dodatnie 23% vatu do kwoty podatku, kompletnie ignorujac czym sa procenty xD.

Faktem jest, ze efektywne opodatkowanie w Polsce to ok. 35%, nie ponad 60%. I jest to nizsza ze stawek niz w innych krajac OECD.

https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Klin_podatkowy

#polska #finanse #podatki #neuropa